„Prezydent Karol Nawrocki, ku uciesze Lewicy, podpisał nowelizację ustawy o Państwowej Inspekcji Pracy.” – powiedział poseł Konfederacji Ryszard Wilk. Jego zdaniem mamy do czynienia z projektem czysto fiskalnym, który pod płaszczykiem ochrony pracowników uderza w fundamenty polskiej gospodarki. „Państwo wchodzi na rynek pracy z buta”.

Decyzja urzędnika silniejsza niż wola stron
Największą kontrowersję budzi prawo inspektora do przekształcania umów cywilnoprawnych i kontraktów B2B w etat za pomocą jednego podpisu pod decyzją administracyjną. Do tej pory o takich sprawach decydował niezawisły sąd. Teraz to urzędnik staje się sędzią we własnej sprawie.
„To jest odwrócenie podstawowej logiki państwa prawa. Nie sąd rozstrzyga spór, tylko urzędnik. A Ty masz się bronić już po fakcie” – zauważa Wilk.
Co istotne, decyzja ta ma rygor natychmiastowej wykonalności. Pracodawca musi ją wdrożyć od razu, a na sprawiedliwość w sądzie może czekać rok lub dłużej. To „odwrócony ciężar dowodu” – to przedsiębiorca musi latami udowadniać, że urzędnik się pomylił.
Poseł Wilk wskazuje na konkretne grupy, które odczują skutki reformy:
- Studenci do 26. roku życia: Dziś na umowie zlecenia nie płacą ZUS, co pozwala im zarobić „sensowne pieniądze” i zdobyć doświadczenie. Po zmianach, decyzja PIP może narzucić pełne składkowanie, co oznacza niższe zarobki netto lub utratę pracy.
- Specjaliści na B2B (np. programiści): Model oparty na dwóch kontraktach i elastyczności może zostać uznany za etat. Wynik? Wyższe koszty dla klienta, mniejsza wypłata dla fachowca i zmiana modelu współpracy wbrew woli obu stron.
W ślad za nowym prawem idzie rozbudowa aparatu urzędniczego. W latach 2026–2027 w PIP powstanie około 360 nowych etatów, w tym setka nowych inspektorów i analityków danych. Mają oni ściśle współpracować z ZUS i skarbowką (KAS), tworząc system totalnego nadzoru nad formami zatrudnienia.
Zdaniem posła Wilka, prawdziwy cel jest jasny: pieniądze. Rząd szuka wpływów do budżetu poprzez:
- Zwiększenie wpływów ze składek ZUS.
- Wyższe mandaty.
- Masowe „uetatowienie” gospodarki na siłę.
Zamiast poprawy bytu pracowników, możemy zobaczyć:
- Wyprowadzanie kontraktów za granicę.
- Przyspieszoną automatyzację kosztem ludzi.
- Ucieczkę w szarą strefę.
„Najbardziej dostaną mali. Mikrofirmy, samozatrudnieni, lokalne biznesy. To nie jest reforma dla pracowników. To jest projekt fiskalny. I rachunek za to zapłaci cała gospodarka” – podsumowuje poseł Konfederacji, który zapowiedział już interpelację do resortu pracy w celu weryfikacji skuteczności (i błędów) inspektorów PIP.


